10 najczestszych, mylnych pogladow o prawie autorskim

Autor: Brad Templeton
Tlumaczenie: Adam Morawiec

Niniejszy tekst stanowi probe wyjasnienia pewnych blednych pogladow na temat prawa autorskiego, z ktorymi dosc czesto mozna spotkac sie w Sieci. Omowione zostaly rowniez kwestie dotyczace prawa autorskiego w odniesieniu do tekstow publikowanych w grupach dyskusyjnych USENETu.

1) "Jesli nie ma notki o prawie autorskim, to dany utwor nie jest chroniony tym prawem."

Nieprawda. Moze w przeszlosci tak bylo, ale obecnie wiekszosc liczacych sie panstw przestrzega tzw. Konwencji Bernenskiej o Prawie Autorskim. Na przyklad w USA wszystkie przejawy oryginalnej i indywidualnej tworczosci, ktore powstaly po 1 kwietnia 1989, sa objete ochrona prawa autorskiego bez wzgledu na to, czy widnieje na nich odpowiednia notka czy nie. Ilekroc wiec ma sie do czynienia z jakimkolwiek przejawami indywidualnej dzialalnosci innych osob, to nalezy zalozyc, ze nie wolno ich powielac, chyba ze wie sie, ze jest inaczej. Sa oczywiscie stare dziela, ktore niezauwazenie utracily ochrone w ramach prawa autorskiego [tzw. dziela martwej reki], ale szczerze mowiac nawet w takich przypadkach nie warto ryzykowac, jesli sie nie wie na pewno.

To prawda, ze umieszczenie odpowiedniej notki wzmacnia ochrone, ostrzegajac ludzi i pozwalajac ewentualnie uzyskac w sadzie wieksze lub dodatkowe odszkodowanie, ale umieszczanie jej nie jest konieczne. Jesli jakis material wyglada na chroniony prawem autorskim, powinno sie zalozyc, ze jest on tym prawem rzeczywiscie chroniony. Ma to na przyklad zastosowanie do wszelkiego rodzaju ilustracji. Nie wolno wiec skanowac zdjec z czasopism i umieszczac ich w Sieci. Nie powinno sie rowniez publikowac w Sieci materialow nieznanego pochodzenia.

Poprawna forma notki o prawie autorskim wyglada nastepujaco:

	"Copyright [daty] by [autor/wlasciciel]"
Zamiast slowa "Copyright" mozna tez uzyc litery C w kolku, ©, natomiast znak "(C)" nie ma mocy prawnej. Zwrot "All Rights Reserved" ["Wszelkie prawa zastrzezone"] bywal wymagany w niektorych krajach, ale dzis nie jest juz potrzebny.

2) "Nie robie tego dla korzysci materialnej, wiec nie naruszam prawa autorskiego."

Nieprawda. Osiaganie korzysci moze wplywac na wysokosc odszkodowania przyznawanego przez sad, ale to wlasciwie jedyna roznica. Samo rozpowszechnianie bez zezwolenia narusza prawo autorskie -- a jesli przy tym cierpi wartosc handlowa oryginalu, to nalezy sie liczyc z wysokim odszkodowaniem.

3) "Materialy opublikowane w ramach USENETu stanowia wlasnosc publiczna."

Nieprawda. Dzisiaj nic juz nie jest wlasnoscia publiczna, o ile wlasciciel nie oswiadczy explicite inaczej(*). Explicite, a wiec np. w nocie, w ktorej autor/wlasciciel wyraznie stwierdza "Przekazuje niniejszy utwor na wlasnosc publiczna." To musza byc dokladnie te albo bardzo podobne slowa.

Niektorzy sadza, ze publikujac jakis material w ramach USENETu jego autor domyslnie udziela powszechnej zgody na kopiowanie go w bardzo szerokim zakresie. Inni uwazaja, ze USENET to siec do automatycznego przechowywania i przesylania, gdzie cale tysiace kopii sa wykonywane z polecenia (a nie tylko za zgoda) autora. Rzecz jest dyskusyjna, lecz nawet jesli tylko ci pierwsi maja racje (choc w opinii piszacego te slowa wszyscy powinnismy modlic sie o to, zeby tak nie bylo), to autorzy domyslnie udzielaja zgody na "takie kopiowanie, jakiego mozna sie spodziewac, gdy publikuje sie jakis material w USENECie" i w zadnym razie nie oznacza to, ze autor oddal swoj utwor do swobodnego uzytku publicznego. Co wiecej, trudno sobie wyobrazic, zeby domniemana zgoda miala byc wazniejsza od jawnie wyrazonego ograniczenia, znanego kopiujacemu.

Powyzsze rozumowanie opiera sie w pierwszej kolejnosci na zalozeniu, ze osoba publikujaca dany material miala w ogole prawo to uczynic. Jesli tak nie jest, to wszystkie kopie sa pirackie i zadana domniemana zgoda czy teoretyczne ograniczenie prawa autorskiego nie moga miec zastosowania.

(*) Prawo autorskie moze wygasac po bardzo dlugim czasie, skutkujac przejsciem jakiegos materialu na wlasnosc publiczna, i moga sie tu pojawiac subtelne kwestie zwiazane z wczesniej obowiazujacymi wersjami prawa autorskiego. Tym niemniej, subtelnosci te na pewno nie pojawia sie w przypadku oryginalnego tekstu publikowanego w ramach USENETu.

Zauwazmy w tym miejscu, ze przekazanie jakiegos materialu na wlasnosc publiczna oznacza calkowita rezygnacje z przyslugujacych praw. Nie mozna przekazac czegos czesciowo na wlasnosc publiczna, np. jako "wlasnosc publiczna do niekomercyjnego wykorzystania". Jesli utwor zostal przekazany na wlasnosc publiczna, to wystarczy, ze ktos zmieni np. tylko jeden bajt i juz moze podpisac ten nowy utwor swoim nazwiskiem.

4) "To co zrobilem to byl dozwolony uzytek!"

Nie bedziemy tu wchodzic w szczegoly tego, czym jest tzw. dozwolony uzytek (szczegolowe dyskusje mozna znalezc w wielu innych miejscach), ale dobrze jest wiedziec, ze:

"Dozwolone uzycie" jest wyjatkiem w prawie autorskim, ktory stworzono po to, by umozliwic komentowanie, parodie, podawanie wiadmosci, badania naukowe i nauczanie dotyczace utworow chronionych prawem autorskim, bez wymagania zgody autora. Waznymi kwestiami tutaj sa intencja uzytkownika i ewentualny uszczerbek w wartosci komercyjnej utworu. Czy powodem, dla ktorego ktos zamieszcza artykul ze znanej gazety jest chec skrytykowania jakosci tej gazety, czy tez autor nie znalazl czasu, zeby napisac wlasny tekst? A moze chcial zaoszczedzic swoim czytelnikom koniecznosci skorzystania z platnego serwisu komputerowego, gdzie mozna znalezc ten artykul, czy tez po prostu kupienia papierowej wersji gazety? Prawdopodobnie tylko to pierwsze (tzn. krytyczne omowienie) kwalifikuje sie jako dozwolony uzytek, podczas gdy pozostale -- nie.

Dozwolony uzytek prawie zawsze polega na wykorzystaniu krotkiego fragmentu z podaniem zrodla i autorstwa. (Nie powinno sie przytaczac frgmentow wiekszych niz niezbedne dla komentarza.) W zadnym razie nie wolno narazac na szwank wartosci handlowej oryginalu -- np. przez spowodowanie, ze ludzie nie beda chcieli/musieli kupowac go (co jest jednym z powodow, dla ktorych generalnie nie wolno reprodukowac utworow w calosci).

Zauwazmy w tym miejscu, ze wiekszosc tekstow cytowanych w kolejnych glosach w dyskusjach toczonych w UESENECie jest tam wlaczana w celach polemicznych, i nie narusza handlowej wartosci oryginalu (zakladajac, ze ten ja w ogole posiadal), wiec z definicji miesci sie w granicach dozwolonego wykorzystania. Niestety formula dozwolonego uzytku nie jest zbyt precyzyjna. Dlatego sad musi kazdorazowo rozstrzygac, czy w konkretnym, pojedynczym przypadku prawo do komentarza bierze gore nad prawem autorskim czy nie. Zdarzaly sie sprawy, ktore wychodzily poza ogolnikowo nakreslone powyzej ramy, ale generalnie nie mialy one wiele wspolnego z typowymi dla Sieci nieporozumieniami co do dozwolonego wykorzystania. W kazdym razie obrona po linii dozwolonego wykorzystania jest zawsze dosc ryzykowna.

5) "Prawa autorskiego trzeba ciagle bronic -- w przeciwnym razie mozna je utracic."

Nieprawda. Obecnie prawa autorskiego nie mozna wlasciwie utracic, o ile sie go wyraznie nie zrzec. Co innego znaki towarowe: te moga byc oslabiane lub tracone.

6) "Ktos ma juz prawa autorskie do tej nazwy!"

Nazwy, ani inne tego rodzaju krotkie okreslenia, nie sa chronione prawem autorskim. Tytuly zazwyczaj tez nie, ale watpie czy moglbys napisac piosenke zatytulowana "Everybody's got something to hide except for me and my monkey" (J. Lennon/P. McCartney)

Pojedyncze slowa nie podlegaja ochronie w ramach prawa autorskiego, ale moga byc chronione jako zastrzezone znaki towarowe. Dzieje sie tak najczesciej w stosunku do slow uzywanych jako nazwy towarow lub uslug. Wezmy na przyklad slowo "apple" [pol. jablko]. Mimo ze jest to najzwyklejszy rzeczownik pospolity, firma Apple Computer jest jego "wlascicielem", gdy uzywa sie go jako nazwy komputerow. Gdy slowo to jest uzywane w kontekscie muzyki, "nalezy" ono do firmy Apple Records. Samo slowo "apple" nie jest wylaczna wlasnoscia zadnej z tych firm: kazda z nich "posiada" to slowo tylko w okreslonym kontekscie. Tak wiec, posiadanie zastrzezonego znaku towarowego nie oznacza calkowitej kontroli nad danym slowem. Wiecej szczegolow mozna znalezc w podrecznikach prawa o znakach towarowych.

Nie wolno wykorzystywac cudzych znakow towarowych w sposob przynoszacy im szkode lub w sposob, ktory moglby sklaniac ludzi do brania kogos innego za prawowitego wlasciciela danego znaku, czy w koncu w sposob, ktory pozwalalby innym odnosic korzysci z dobrego imienia zwiazanego z danym znakiem towarowym. Na przyklad, gdybym zajmowal sie udzielaniem porad na temat muzycznych filmow wideo, to bylbym bardzo nierozsadny, probujac sygnowac swe prace skrotem "mtv". :-)

7) "Nic mi nie moga zrobic! Nawet oskarzonemu przysluguje w sadzie sporo praw."

Ochrona praw autorski podlega prawie wylacznie prawu cywilnemu. Jesli naruszysz prawo autorskie, to zostaniesz najprawdopodobniej pozwany przed sad cywilny, a nie oskarzony przed sadem karnym. "Niewinny do czasu udowodnienia winy", jak i "dowod ponad wszelka watpliwosc" to zasady prawa karnego. Przykro mi, ale w sprawach o naruszenie praw autorskich zasady te sa stosowane inaczej, jesli w ogole. I choc w poszczegolnych przypadkach moze to wygladac roznie, to sprawy takie sprowadzaja sie najczesciej do tego, ktora ze stron i czyje dowody bardziej przekonaja sad lub lawe przysieglych i komu beda oni sklonni bardziej uwierzyc. W sprawach cywilnych mozna tez nakazac osobie zeznawac wbrew jej wlasnemu interesowi.

8) "A wiec naruszenie praw autorskich to zadne przestepstwo ani nic takiego."

Nieprawda. W kazdym razie nie zawsze i nie wszedzie. Na przyklad w Stanach, w przypadkach gdy chodzi o wiecej niz 10 kopii lub 2500 dolarow, naruszenie praw autorskich stalo sie od niedawna powaznym przestepstwem kryminalnym. Zalecalbym wiec ostroznosc. (Nawet jesli dzieki temu dostaje sie do reki srodki ochronne prawa karnego.) Z drugiej strony, nie ma co liczyc na to, ze ludzie beda od razu posylani do wiezien za opublikowanie cudzej korespondencji elektronicznej. Sady maja lepsze rzeczy do roboty niz zajmowanie sie takimi drobnostkami. Wyzej wspomniane prawodawstwo jest jeszcze zbyt swieze i nie sprawdzone.

9) "Przeciez to nikomu nie szkodzi -- w istocie jest to darmowa reklama."

Do wlasciciela nalezy decyzja, czy chce darmowej reklamy czy nie. Jesli zechce, to na pewno o nia poprosi. Nie nalezy wiec rozwazac, czy cos szkodzi wlascicielowi czy nie: nalezy go o to zapytac. Najczejsciej jest to dosc proste. Jakis czas temu ClariNet przedrukowywal zabawne felietony Dave Barry'ego. Byly one dostepne za oplata szerokiej i wdziecznej publicznosci USENTu, ale ktos bez pytania posylal je dalej do listy korespondencyjnej. Zostal przylapany, a wlasciciel czasopisma, dla ktorego pisal Barry, wycofal swoja zgode na publikowanie jego felietonow w Sieci. Zdenerwowalo to wszystkich tych, ktorzy je lubili. Nawet jesli nie przychodzi Ci do glowy, jak moglbys narazic na szwank autora czy wlasciciela, to pomysl o tym, ze piractwo w Sieci szkodzi wszystkim, ktorzy chca moc wykorzystac te nowa wspaniala technike do czegos wiecej niz tylko do czytania pyskowek innych ludzi.

10) "Dostalem swoj egzemplarz poczta elektroniczna, wiec moge go opublikowac."

Nieprawda. Posiadanie egzemplarza nie oznacza posiadania praw autorskich do utworu. Cala poczta elektroniczna, ktora pisujemy jest chroniona prawem autorskim. Z drugiej strony, poczta ta nie jest poufna, o ile nie zostalo to jawnie zastrzezone. Tak wiec, na pewno wolno omawiac cala poczte, ktora sie otrzymuje i informowac o czym ktos napisal. Mozna nawet cytowac frgmenty, jesli sa potrzebne do ilustacji. Szczerze mowiac, jesli ktos wniesie pozew w sprawie zwyklego listu elektronicznego, to moze w ogole nie dostac w sadzie zadnego odszkodowania, poniewaz zazwyczaj taka korespondencja nie przedstawia zadnej wartosci handlowej, ale gdyby chciec trzymac sie scisle litery prawa, nalezaloby najpierw poprosic o zgode autora listu. Z drugiej strony, nie ma co szalec, jesli ktos opublikuje nasza korespondencje. Jesli byl to zwykly, osobisty list nie zastrzezony klauzula poufnosci, o znikomej wartosci handlowej i nie zastrzezony nota oprawach autorskich (jak to jest w przypadku 99% calej korespondencji elektronicznej), najprawdopodobniej nie otrzymamy zadnego odszkodowania, nawet jesli skieruje sie sprawe do sadu.


Podsumowujac:


Niniejszym udziela sie zgody na swobodne kopiowanie tego dokumentu tak w formie elektronicznej, jak i drukowanej, w celach innych niz handlowe. Gdyby ten tekst nie zawieral powyzszej notki musialbys zalozyc, ze skopiowales go bezprawnie. Bo pomimo, iz nie widnieje na nim nota o zastrzezeniu praw autorskich, to jest on chroniony.


W tym miejscu nalezy dodac, ze autor, bedac wydawca czasopisma elektronicznego dostepnego w Sieci, zarabia na zycie publikujac w elektronicznej postaci utwory chronione prawem autorskim, co w istotny sposob wplywa na jego poglady w tej materii. Prosze jednak NIE PISAC DO AUTORA LISTOW ELEKTRONICZNYCH Z PROSBAMI O PORADY PRAWNE; w tym celu prosze raczej skorzystac z innych zrodel lub zapytac prawnika. Prosze rowniez miec na uwadze, ze choc wiekszosc podanych tu zasad obowiazuje wszystkie panstwa-sygnatariuszy Konwencji Bernenskiej, to niektore z nich opieraja sie na prawie amerykanskim i kanadyjskim. Niniejszy dokument ma na celu wyjasnienie czestych nieporozumien dotyczacych prawa o wlasnosci intelektualnej, z ktorymi mozna zetknac sie w Sieci. Nie ma to byc w zadnym razie doglebny traktat o wszystkich niuansach tego zagadnienia. Wiecej szczegolow na temat prawa autorskiego mozna znalezc w CiPP-ie [ang. FAQ] poswieconym temu zagadnieniu, gdzie omawia sie m.in. kwestie prawa autorskiego w przypadku kompilacji czy zawilosci dopuszczalnego uzytku. CiPP ten jest dostepny w tych samych miejscach, gdzie mozna znalezc niniejszy dokument lub tez [wylacznie oryginal angielski] poprzez anonimowy FTP na wezle rtfm.mit.edu w katalogu pub/usenet-by-group/comp.answers/law/Copyright-FAQ. Aby zapoznac sie z biezacym stanem prawodawstwa amerykanskiego w zakresie prawa autorskiego, warto zajrzec do gopher://marvel.loc.gov/11/copyright Innym cennym dokumentem jest "elementarz" n.t. wlasnosci intelektualnej wydany przez EFF [Electronic Fronier Foundation], czyli Fundacje Elektronicznego Pogranicza.