Mój dziadek Albin Kisielewicz     Foto

ZAWONIE

Ojciec mój, Wojciech Kisielewicz, urodził się 18 kwietnia 1928 roku we wsi Zawonie, powiat Sokal, województwo lwowskie. Wioska dzisiaj nie istnieje. Została spalona w czasie wojny przez Niemców i Ukraińców. Po wojnie, tereny te na mocy układów między aliantami zostały włączone do Związku Radzieckiego. Dziś należą do Ukrainy.

II wojna światowa na terenach Wschodniej Europy miała przebieg znacznie bardziej tragiczny niż na terenie Europy Zachodniej. Ta wielka tragedia do dziś pozostaje prawie nieznana zachodniemu światu. Historia wioski mojego ojca przedstawia jak "w pigułce" historię II wojny światowej na tych terenach i choćby tylko dlatego warta jest opowiedzenia...

Zawonie było niewielką wioską położoną nad Bugiem, na lewym brzegu rzeki, liczącą przed wojną około 200 mieszkańców narodowości polskiej. Stanowiła swego rodzaju wyspę polskości, bowiem okoliczne wioski w większości zamieszkane były przez ludność ukraińską. W Zawoniu było 37 gospodarstw, szkoła i kaplica. Mieszkańcy prowadzili spółdzielczy sklep (bo nikomu nie opłacało się prowadzić sklepu indywidualnie). Wiele innych przedsięwzięć miało charakter wspólnotowy. Prawie połowa mieszkańców nosiła nazwisko Kisielewicz (zapisywane również Kisilewicz). Z tego powodu wielu miało przydomki typu "Zakaplicznyj" (mieszkający za kaplicą). Moment założenia wsi ginie w mrokach historii. Wedle legendy Zawonie miał założy w XVI (?) wieku jakiś ówczesny banita o nazwisku lub przydomku Kisiel.

Piękno okolicznych terenów, piękno krainy dzieciństwa, wielokrotnie opisywał mi mój tato, ale tego powtórzyć nie umiem. Mam jedynie w wyobraźni rozlewający na wiosnę Bug, łąki z wysokimi trawami i lasy, wzgórze na którym stał dom mojego dziadka Albina i babci Tekli. I gdzieś po drugiej stronie Bugu, za horyzontem, wieś Jastrubice, która w strasznych czasach wojny urosła do rangi symbolu wrogości i niebezpieczeństwa ze strony obcych.

Wybuch II wojny światowej nie dotknął bezpośrednio Zawonia. Wojna toczyła się gdzieś daleko, obok. I tylko sporadycznie można było zobaczyć przemieszczające się wojska.

Wiadomo było, że w wyniku kampanii wrześniowej 1939 tereny te zajął Związek Radziecki (w wyniku tajnego układu Ribbentrop-Mołotow), a widomym znakiem było jedynie ustanowienie we wiosce sowieckiego wójta. Nie była to pomyślna wiadomość dla mieszkańców, bowiem wraz z nastaniem władzy sowieckiej wolną rękę do działania uzyskali wrogo nastawieni do Polski nacjonaliści ukraińscy i do wioski zaczęły docierać wieści o mordach na Polakach i innych okropnych wydarzeniach. Wojna wyzwoliła w wielu ludziach najgorsze instynkty i zerwała cywilizacyjne hamulce. (Mówię "w wielu", bo czasami zapomina się, że nie we wszystkich! Byli też tacy ludzie, w których wojna wyzwoliła pokłady bohaterstwa i szlachetności wyższej próby - niestety związane z tym mniej spektakularne wydarzenia mają mniej świadków lub nie mają ich w ogóle).

W roku 1942 Niemcy zerwali wygodny dla nich do tej pory układ i napadli na Związek Sowiecki. We wiosce objawiło się to tym, że wójt reprezentował od tej pory władzę niemiecką. Nie zmniejszyło to zagrożenia ze strony ukraińskiej. Wręcz przeciwnie. Wielu Ukraińców zaczęło współpracować z Niemcami (przeciwko Rosjanom i przeciwko Polakom). Powstały ukraińskie dywizje SS pod niemieckim dowództwem i o tych krążyły wieści, że są bardziej okrutne niż ich niemieckie pierwowzory.

Do wsi docierały wieści o "rzezi wołyńskiej", o planowych i wykonywanych z niewyobrażalnym okrucieństwem mordach na polskiej i katolickiej ludności województwa wołyńskiego i innych terenów wschodniej Polski, mających na celu, wedle szaleńczej nacjonalistycznej ideologii, "oczyszczenie Ukrainy z elementu polskiego".

W tej sytuacji jedynym realnym celem, jaki można było sobie wyznaczyć, to "nie dać się zaskoczyć we śnie". Mieszkańcy Zawonia utworzyli oddział samoobrony, pomyślany jako struktura Armii Krajowej. Jego głównym zadaniem było pełnienie warty wokół wsi i podjęcie obrony w razie ataku. Szybko okazało się, że oddział i cała wieś musiały podjąć szereg innych zadań. We wsi szukali schronienia uciekinierzy z innych wsi, rosyjscy żołnierze zbiegli z niewoli, a także Żydzi, uciekający przez planowaną i wcielaną przez Niemców w czyn eksterminacją. Mieszkańcy udzielali schronienia tym wszystkim zbiegom nie zważając na przyczynę. W roku 1944 było to około 20 przybyszów z innych wniosek, i trudna do ustalenia liczba kilkunastu lub więcej ukrywających się Żydów.

Mój tata pamięta jak dziadek głośno martwił się, że ich dom spotka nieszczęście z powodu ukrywania Żydów, ale babcia nie widziała innej możliwości jak tylko kontynuowanie tej pomocy. Postrzegała to jako bezwzględny obowiązek chrześcijański.

Jak by tego było mało, w roku 1943, Zawonie na swoją siedzibę wybrał działający w okolicy radziecki oddział partyzancki pod dowództwem kpt. Iwana Moroza. Mieszkańcy chociaż niechętnie udzielali pomocy i schronienia również partyzantom, którzy po dłuższych lub krótszych rajdach w okolicy powracali do wsi (w marcu 1944 roku było ich 23). Niechęć niektórych mieszkańców brała się nie tyle z podwyższonego ryzyka (wzrastało niebezpieczeństwo od strony Niemców, ale zmniejszało się od strony Ukraińców), co z ogólnej wrogości między przedwojenną Polską a Rosją bolszewicką, i niechęci Polaków do bolszewickiej ideologii. Raczej niezwykły był fakt współpracy polskiego oddziału AK z radziecką partyzantką. Niemniej, część mieszkańców pomagała partyzantom, w tym mój 15-letni ojciec, którego partyzanci wykorzystywali do zadań wywiadowczych. Piętnastoletniego chłopaka w oczywisty sposób interesowali przybysze z bronią, ci którzy walczą i nikogo się nie boją. Ojciec chciał być w przyszłości żołnierzem.

Nie jest jasne co było bezpośrednią przyczyną tragedii, która niebawem nastąpiła. Cztery dni wcześniej zginęli 22-letni Michał Kisielewicz i 17-letni Wiktor Kisielewicz, ostrzelani z karabinów maszynowych przez Niemców jadących pociągiem pancernym w pobliżu Zawonia. Prawdopodobnie młodzieńcy wysłani zostali po broń (przez partyzantów lub oddział samoobrony) i podjęli ucieczkę po natknięciu się na Niemców. Niektórzy uważają, że Niemcy uzyskali skądinąd informację o radzieckim oddziale i napadli na wieś w celu jego zlikwidowania.

W dniu 6 marca 1944 roku, wczesnym rankiem, Zawonie otoczone zostało przez żołnierzy niemieckich i ukraińskich z 14 Dywizji SS "Galizien". Żołnierze wrzucali granaty do zabudowań, podpalali je i strzelali do mieszkańców. W szczególności skierowali się do gospodarstwa Ludwika i Jadwigi Chudych, gdzie w zamaskowanym schronie ukryta była radiostacja, i gdzie w tym czasie znajdowali się radzieccy partyzanci. Niemcy zastrzelili 16-letniego syna Chudych, Józefa, po wyprowadzeniu go za stodołę, oraz brata Jadwigi, Ignacego Kisielewicza, po wyprowadzeniu na strych. Prawdopodobnie usiłowali uzyskać informację na temat partyzantów. W tym momencie Rosjanie podjęli walkę, w wyniku której wszyscy partyzanci zginęli, za wyjątkiem jednego, którego dalsze losy są nieznane.

Mieszkańców całej wsi spędzano do kaplicy. W trakcie tego zastrzelono wielu z nich: jednych na skutek prób podejmowania ucieczki, innych z powodu niedołęstwa. Ozjasz Wecker (który wcześniej zbiegł z getta w Sielcu) zabity został wraz z 17-letnią Agnieszką Kowal, gdy uciekali w stronę kaplicy. Agnieszkę, która początkowo została tylko zraniona wrzucono żywcem w płomienie palącego się domu. Do ognia wrzucono również sparaliżowaną, nie mogącą się poruszać o własnych siłach, Elżbietę Kisielewicz, którą mąż wcześniej wyprowadził na podwórko. W płomieniach swego domu zginął niewidomy Michał Kisielewicz. 17-letni Dionizy Szermeta został zastrzelony podczas ucieczki. Na dziedzińcu kaplicy rozstrzelano Tadeusza i Władysława Ptaszników, którzy nie chcieli udzielić informacji o miejscach ukrycia broni i partyzantów. W stajni mojego dziadka spłonął żywcem ukrywający się tam Żyd o imieniu Michał. Czteroosobowa rodzina żydowska z Mostów Wielkich, ukrywająca się w oborze Bronisława Kisielewicza, zginęła próbując uciekać po podpaleniu obory: dwóch mężczyzn, kobieta i jej córka zostali zastrzeleni w biegu. Wiele innych osób zginęło w nieustalonych okolicznościach. Zwłoki wielu odnaleziono w zgliszczach zabudowań, a zwłoki Bronisławy Just i jej syna Pawła znaleziono w lesie.

W wyniku akcji pacyfikacyjnej wieś Zawonie spalona została niemal doszczętnie: ocalały jedynie (na pewien czas) budynak szkoły, kaplica i cztery domy mieszkalne, w tym dom moich dziadków na wzgórzu. Ludzie zamknięci w kaplicy, głównie kobiety i dzieci sądzili, że zostaną spaleni żywcem, ale do tego na szczęście nie doszło. W tej grupie znajdował się mój ojciec, którego babcia Tekla zdążyła wcześniej przebrać za dziewczynkę. Większość mężczyzn i niektóre kobiety (w tym nauczycielkę) przepędzono do pobliskich Jastrubic (podczas przemarszu zastrzelono Józefa Kisielewicza), a następnie około 50-60 osób przewieziono do aresztu we Lwowie. Po przesłuchaniach, po kilku tygodniach, aresztowanych mężczyzn wywieziono do obozu koncentracyjnego w Gross Rosen, a kobiety do obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Obóz przeżyło jedynie 11 osób (w tym mój wujek Dominik).

W obozie koncentracyjnym w Gross Rosen, w nieustalonych bliżej okolicznościach, zamordowny został mój dziadek Albin Kisielewicz. Odwiedzam czasem wraz z moją rodziną jego symboliczny grób. Obóz, jego pozostałości, znajdują się blisko Wrocławia, w wyjątkowo malowniczej okolicy i usiłuję sobie wyobrazić, jak mój dziadek patrzył z tego miejsca na tak piękną przyrodę. Kiedyś uświadomiłem sobie, że chociaż to Rosjanie za przyzwoleniem aliantów wysiedlili Polaków z Kresów Wschodnich i osiedlili na tych terenach, które przed wojną były ojczyzną wielu Niemców - to najpierw sami Niemcy przygotowali tu dla nas miejsce na nasze groby.

Mój tato w wieku 16 lat wyruszył w samotną wędrówkę po okupowanej przez Niemców Polsce. Pod Warszawą znalazł pracę i zaczął działać w komórce Armii Krajowej, pod dowództwem por. Kopcia. O swych związkach z partyzantką wolał w ogóle nie wspominać przez długie lata życia w Polsce Ludowej, szczególnie dlatego, że zgodnie ze swymi zainteresowaniami i swoją pasją zdecydował się wstąpić do Ludowego Wojska Polskiego. Tam wspomnienie o jakichkolwiek związkach z AK oznaczało koniec kariery. Współpraca z partyzantką radziecką, z prawdziwą partyzantką radziecką, też była w zasadzie podejrzana. Dopiero w latach siedemdziesiątych zdecydował się powoli ujawnić przeszłość, za co w końcu otrzymał krzyż partyzancki: krzyż z czarno-zieloną wstążką, mój ulubiony medal wśród odznaczeń taty. Karierę w LWP zakończył w roku 1980 w stopniu podpułkownika. Wtedy wybuchła polska "Solidarność".

Ja sam dopiero w latach siedemdziesiątych miałem okazję poznawać coraz to nowe elementy przeszłości moich rodziców i moich dziadków. Babcia Tekla, z którą spędziłem wiele czasu, szczególnie w wakacje, nigdy nic mi nie opowiedziała o tamtych czasach. Byłem za mały. Nigdy też nie dostała żadnego odznaczenia, od nikogo; nigdy do żadnego wyróżnienia nie aspirowała. Była dobra. Bardzo dobra, i ciepła, tak ją pamiętam - i mam nadzieję, że coś z tej dobroci do mnie przeniknęło. Może najważniejsze, co wyniosłem jest moja wiara, że takich jak ona porządnych, dobrych ludzi było w tamtych strasznych czasach dziesiątki tysięcy, że ci docenieni i nagrodzeni (słusznie nagrodzeni), nie są jakimiś szczególnymi wyjątkami - bo przyzwoicie, i bohatersko jak trzeba, może i powinien zachować się każdy.

Szkoda, że nie dane mi było poznać mojego dziadka Albina.